Wpisy z tagiem: wypiski
sobota, 19 maja 2012
Umieją być najszybsze. To tylko chwilowy Jest więc poezja, niespodziewane zwierzęta w blogu malowanym wierszem >>
niedziela, 13 maja 2012
Moment niedźwiedzia to jest ta chwila przerwy w umyśle, to "pomiędzy", gdzie nie musi być wiadomo, co prawdziwe, a co nie.
W tej właśnie specjalnej chwili,a prawdę mówiąc we wszystkich chwilach, jest o czymś innym niż o podziale na takie czy inne dobro, zło, czarność, białość i podobne przeciwieństwa.
Podobne przeciwieństwa są trochę jak z bocznej linii jakiegoś koanu.
Zobaczyć niedźwiedzia jak stoi na dwóch nogach w kolejce do kiosku i opowiedzieć to rodzicom oraz innym dorosłym, to jak rozpocząć nieustające opowiadanie o względności niepodważalnych prawd, które pokazują się dosłownie wszędzie, wyłażą z dziur w ziemi jak dżdżownice.
Ona widziała niedźwiedzia.
Stał tam i nikt nie zwracał na niego uwagi. Gdy opowiedziała o tym dorosłym, okazało się, że kłamie i że najlepiej, aby miała odwagę powiedzieć, jak było naprawdę.
Mówi dalej:
Nie mogłam spać tej nocy, czułam się opuszczona i niezrozumiana; tłumaczyłam im przecież wszystko dokładnie, ale okazywało się, że w którymś momencie całej historii, w tym dziwnym momencie niedźwiedzia, język jakoś zawodził. Ja powtarzałam swoje, a oni upierali się przy swoim. Powiedz, jak było naprawdę. Uważali, że niedźwiedź z jakichś względów w ogóle nie wchodził w rachubę. Był niemożliwy. Odkrycie, że moi rodzice, że najbliżsi ludzie, mogą mieć swoje inne "naprawdę" i inne "możliwe" było szokiem. Znaczyło bowiem, że dzieli nas od siebie wielka, groźna i niejednoznaczna przestrzeń, którą teraz trzeba będzie ostrożnie uzgadniać. Że mamy swoje światy, które dotykają się wprawdzie w wielu miejscach, ale w innych nie mają ze sobą żadnego związku. Trzeba się więc nauczyć, co jest nam wspólne, a co pozostaje tylko moje, a więc jest nieprzekazywalne.
Świat wspólny stoi oparty na razie na tym, że wszystko jest albo takie, albo inne, prawdziwe albo nieprawdziwe, czarne albo białe. Jest albo-albo-albo-albo i ludzie chcą, aby przyznawać im rację, o to się spierają i o to się biją. W świecie wspólnym nie może być naprawdę to, co wymyślone, chociaż już Arystoteles opisywał byty wymyślone, a Plotyn stworzył hierarchię bytów ułożonych według intensywności, co wskazuje, że istnienie może być w jakiś sposób stopniowalne.
Ten niedźwiedź pokazuje, jakie to wszystko dziwne, wojny, racje, teorie, nazwy takie albo inne. Są punkty widzenia i całe stworzone przez nie jawy. W jednej z nich stoi niedźwiedź pod kioskiem, w innych nie może go tam być. Ciekawe, że to się stopniuje i wobec tego żaden spór nie da temu niedźwiedziowi rady. Może być tylko zaciekawienie i pokojowa koegzystencja. Lubię moment niedźwiedzia. Reszta książki felietonowo-podrózniczo-spostrzegawczej to też takie chwile. Zapamiętam o heterotopii, to taka gra towarzyska o dziesięć zasad wszystkości. O jedzeniu w różnych językach. O innych teoriach powstania życia na ziemi czy gdzieś może jeszcze. O magii, która jest wdzięczna za ujmowanie się za nią i daje o tym znać za pomocą maszynki do kawy. O pragmatyzmie holenderskim, śmieciach szwajcarskich, zwiedzaniu Watykanu z tzw. Konkurencją. I w ogóle.
_____________________________________
Olga Tokarczuk - Moment niedźwiedzia
piątek, 11 maja 2012
Te fotografie wojenne przypomniały mi piękny, poetycki opis zimy 1939/1940 roku, wyczytany w jednej z najlepszych powieści, jakie czytałam. Chciało mi się przepisać: Żydowski nauczyciel nazwiskiem Pomeranz uciekł przed Niemcami do lasu. Był niskim człowieczkiem o małych oczkach i ciężkiej, brutalnej szczęce. Wyglądał jak szpieg z amerykańskiej komedii. Uczył matematyki i fizyki w Państwowym Gimnazjum imienia Mickiewicza w mieście M. W wolnym czasie prowadził badania teoretyczne; zgłębianie tajników natury było jego pasją. Mówiono, że jest u progu odkrycia w dziedzinie elektryczności bądź magnetyzmu.(...). Zrazu Pomeranz schronił się w głębi lasu w opuszczonej chacie, gdzie mieszkał kiedyś drwal Dziobak Przywolski (...). Pomeranz siedział samotnie w opustoszałej chacie, obserwował stopniowy rozkład belek pod powałą, wsłuchiwał się w nocne odgłosy lasu, dzikie podmuchy wiatru smagającego drżące wierzchołki drzew, melancholijny szelest liści. Sam na sam ze sobą, dniem i nocą rozmyślał o wielu różnych rzeczach.(...) Chleb i wodę przynosiła mu ze wsi stara czarownica. Wystraszeni wieśniacy skradali się w pobliże chaty i od czasu do czasu porzucali w bezpiecznej odległości pieczoną gęś, po czym błyskawicznie zapadali się w czeluście lasu. (...). A może wcale nie było wieśniaków ani czarownicy, ani pieczonych gęsi i Pomeranz bytował tam jako czysty duch wyzbyty wszelkich potrzeb fizycznych. (...). Na początku czterdziestego roku, z pierwszym powiewem dziwnie niestosownej wiosny, Pomeranz wychynął z chaty, w której ukrywał się przez całą zimę i zaczął przenosić się z miejsca na miejsce. Przebierał się kolejno za pasutcha, kolejarza, wieśniaka i księdza. Delikatnie, w zamyśleniu prześlizgiwał się na południe, południowy zachód, znowu na południe: wolno, niemal nieśmiało, pieszczotliwie nurkował w gęstwinie boru. Kiedy nagonka była blisko, zaszywał się na cały dzień w stodołach na obrzeżach zapomnianych przez Boga wiosek. O zmierzchu wymykał się z kryjówki i stał wyprężony w ciemnościach, aż spowiła go noc, a potem zaczynał cicho grać na organkach. Polskie powietrze w jednej chwili nasycało się muzyką. Pomeranz grzebał nogą w błotnistym gruncie, zbierał się w sobie, bekał, oblewał się potem, opierał się łokciami na muzyce, którą roztoczył wokół siebie, bił powietrze rękoma, szarpał się raz i drugi, brał wiatr pod siebie i wreszcie, z cichym pomrukiem uwalniał się od przyciągania ziemskiego. Wzbijał się w górę i dawał się nieść mrocznemu powietrzu, osłabły po wysiłku; szybował cicho ponad lasami i łąkami, ponad kościołami, polami i chatami. W ten sposób pokonywał wszystkie przeszkody na swojej drodze. (...). Gdy odmrożonymi palcami przesunął po czole, zdało mu się, że dotyka gwiazd. Kiedy zaś nocą, w lesie, w śniegu, zwierał skostniałe nogi, miał wrażenie, że usiłuje z trudem pogodzić dwa sprzeczne pojęcia. Nauczył się pożerać całe dynie i zagryzać je surowymi grzybami. Oszczędził jednak muzykę i na razie powstrzymał się przed sprowadzeniem jej do matematycznej struktury. Zostawił sobie tę możliwość na chwilę rozpaczy jako ostatnią ucieczkę, broń ostateczną. Tak samo odpychał wspomnienie żony i domu: tęsknota była jak zatruta pułapka, jak śmiertelna strzała. W czasie podróży trzymał w kieszeni małe organki. Potrafił wzbić się w powietrze, poszybować wysoko w noc, nawet opuścić swe ciało dzięki zmianie melodii. (...). Samotność i włóczęga nauczyły tego wykształconego Żyda jeść surowe ziemniaki, gasić pragnienie garścią śniegu, kierować stare wilki na fałszywy trop, zostawiać w śniegu ślady tyłem do przodu dla zmylenia pogoni. (...). Kiedy zmogła go udręka, porzucał dumę i o zmierzchu wynurzał się z czeluści lasu, wspomagany przez długie cienie i zwodniczy zmrok, straszył samotną wieśniaczkę i porywał gęś, parę jaj lub wełnianą chustę. Te leśne obszary, mroczne i wilgotne, były niełaskawe i nielubiane. Osaczały zewsząd, nie dając ocalenia. Więc z ciemności przemieszczał się w ciemność, jakby sam był w nią spowity. ________________________________________ Amos Oz - Dotknij wiatru, dotknij wody
czwartek, 10 maja 2012
Oni się tam trochę upijają, ale mówią. Pytają: czym jesteśmy? Odpowiadają sobie. Ja czytam: Czym jesteśmy? (...). Tłumem, rojem. Myślimy grupowo, podróżujemy całymi armiami. Armie noszą w sobie gen samozniszczenia. Jedna bomba nigdy nie wystarcza. Mgła technologii to strefa, w której wyrocznie knują swoje wojny. Oto bowiem zaczyna się ruch od wewnątrz. Ojciec Teilhard wiedział o tym i nazwał owo stadium punktem omega. To skok poza sferę biologii. Proszę sobie zadać to pytanie. Czy na zawsze musimy pozostać ludźmi? Świadomość się wyczerpała. Pora wrócić do materii nieorganicznej. Tego właśnie chcemy. Pragniemy stać się polnymi kamieniami. Proszą, więc zadaję sobie to pytanie. A książkę, żeby się nie zamykała, kiedy przepisuję te zdania, przytłoczyłam kawałem skały z odciśniętym amonitem. Dużo śnienia świata na raz. ______________________________________ Don DeLillo - Punkt omega
wtorek, 08 maja 2012
Po "Performerce" teraz to. Jest instalacja wyświetlająca w zwolnionym tempie fragment "Psychozy" Hitchcocka, jest ktoś, kto ogląda ją na okrągło, jest pustelnia byłego uczonego i współpracownika Pentagonu. Cokolwiek jest, ważne są zdania. Bardzo prosto napisane, chce się wierzyć. W tym fragmencie w to, że niepotrzebne jest nazywanie medytacją zwykłego, prawdziwego życia. Prawdziwego życia nie da się sprowadzić do słów mówionych ani pisanych, nigdy nikomu się to nie uda. Ono toczy się, kiedy jesteśmy sami, kiedy myślimy, czujemy, zatopieni we wspomnieniach, marzycielsko świadomi siebie, w tych właśnie submikroskopijnych chwilach. Elster mówił to więcej niż raz i w niejeden sposób. Twierdził, że jego życie się dzieje, gdy on siedzi wgapiony w pustą ścianę, myśląc o kolacji.(...). Twierdził, że wszyscy nieustannie to robimy, stajemy się sobą pod warstwą biegnących myśli i mętnych obrazów, zastanawiając się od niechcenia, kiedy w końcu zabierze nas śmierć. ____________________________________ Don DeLillo - Punkt Omega
poniedziałek, 07 maja 2012
To nie jest o książce Mertona, ale o książce jego przyjaciela i oficjalnego biografa, pisarza i fotografika, Johna Howarda Griffina. Co znaczy, że to, co napisał Merton, zostało przeczytane i przemyślane z największą uwagą. Skutkiem jest wspaniały gąszcz mądrości, pozostawiony jako uroczysko, ze ścieżkami, na których postawił stopę przyjaciel i można tamtędy pójść. Merton napisał bardzo dużo. Nie wszystko jest tu wspomniane. Jako mnich tradycji zachodniej, dużo myśli i czasu poświęcił wschodnim tradycjom kontemplacyjnym, próbował opisać rozmaite drogi prowadzące do najwyższych stanów świadomości, które są mistyczne: to w tego rodzaju świadomości możliwe jest poznawanie tego, co niewypowiadalne. Cytował Gabriela Marcela i mogło to być motto do niejednego z jego esejów: W dzisiejszych czasach pierwszym i, być może, jedynym obowiązkiem filozofa jest obrona człowieka przed nim samym: obrona człowieka przed ową niezwykłą pokusą bycia nieludzkim, której - niemal nieświadomie - uległo dziś tak wielu. Sam powiedział pod koniec życia: Jeżeli staniesz się sobą, nie będziesz pasował do mistyki nikogo innego. Jego niesamowita walka o to, aby żyć w pustelni, zmierzyć się z fundamentalną rzeczywistością siebie samego, aby odrzucić mierne i fałszywe wartości narzucone przez społeczeństwo, była bardzo trudna, bo okazuje się, że nawet mnichom można wypominać w sposób bardzo nieprzyjemny, że powinni brać udział w "wirze życia", że nie ma życia poza tym wirem i nie ma to jak ten wir. Wypominaczom zdawało się, że to oni żyją w realnym świecie, co sugerowało, że on nie. To powszechne nastawienie jest wciąż tak aktualne, że można je też nazwać pokusą bycia nieludzkim. Arnold Mindell może dlatego wyraźnie oddzielił to, co dzieje się z ludźmi w rzeczywistości uzgodnionej, gdzie ta pokusa występuje. W rzeczywistości nieuzgodnionej jest inaczej i mniej więcej tego stanu świadomości próbował zaznać Merton w swojej pustelni. Mówił, że zaszył się w klasztorze nie po to, żeby uciec od świata, lecz żeby stać się nikim. Człowiek- nikt w swoim wystąpieniu w Kalkucie, gdzie był tuż przed śmiercią, potrafił powiedzieć tak: Najgłębszym poziomem porozumienia nie jest komunikacja, lecz komunia. Jest ona bezsłowna. Jest poza mową i poza pojmowaniem. Przetłumaczył sam wiersz Czuang Tsy, którym był zafascynowany: Człowiek Tao pozostaje nieznany. Cnota doskonała Niczego nie tworzy. Nie-ja Jest prawdziwym ja. A największy z ludzi To Nikt. Merton nie został jednak nikim. Był bardzo sławny, rozchwytywany przez niezliczone stowarzyszenia do walki z wszelkim złem ziemskim i nawiedzany w pustelni przez niezliczonych przyjaciół, którym nie przyszło do głowy, że pustelnik potrzebuje pustki, chociażby takiej, która jest nazywana ciszą i spokojem, aby mógł poznawać wewnętrzne tajemnice życia. Umarł nagle, w wieku 53 lat, porażony prądem elektrycznym w Bangkoku, podczas swojej podróży na Wschód, gdzie odbył wiele spotkań z ludźmi i brał udział w wielu konferencjach. Nasuwa się myśl, że było tego za wiele i że jakieś wielkie, ponadludzkie śnienie powiedziało "dość". _________________________________ John Howard Griffin - Za głosem ekstazy. Pustelnicze lata Thomasa Mertona
sobota, 05 maja 2012
Przyglądam się, co tu zostawiłam w innych czasach, bo jednak nastąpiło przesunięcie. Byłam w "Domu na krańcu czasu", na wykładzie fizyki kwantowej dla dzieci 11-12 letnich. Dla dorosłych też znalazło się parę zdań. Nie przepadam za dorosłymi, ale do nich też trzeba coś napisać, gdyż są. Dzieci doskonale rozumieją, że jedna rzeczywistość nakłada się na drugą, świat na świat. A dorosłym trzeba to codziennie powtarzać, i na próżno. Jedno z najbardziej dorosłych zdań, jakie padło w tej książce brzmi: tortury tak, przemoc nie. Mówi to miłosierne zdanie jeden z papieży zamieszkujących licznie któryś z równoległych Watykanów, aby powstrzymać rozeźlonego alchemika. Wynalezienie wiecznika, o czym już pisałam, nie przydało się na nic. ____________________________________ Jeanette Winterson - Dom na krańcu czasu
wtorek, 01 maja 2012
To pierwszy wpis majowy, sroka skrzeczy, rośliny wczoraj wykąpane urosły chyba podwójnie, celsjuszów na balkonie ponad trzydzieści: tam już słońce. W ogóle są ZNAKI. Mówi signe. Nie mogę tak wszystkiego opowiadać w blogu, ale to, że pierwszy zapisek w miesiącu ma się jakoś do całości tego wydzielonego czasu, jest jasne i jest oznaką, że śnienie, ten fundament istnienia, ciągle jest. Tornada czasu mogą oczywiście dużo zmienić. Już się z tej książki kiedyś uczyłam, ale widocznie nie dość. Sny przestałam zapisywać, ale wrócę. Zaczęły mówić pełnymi zdaniami, koanami. Dawno temu w egipskich piramidach wielki bóg Ra, Bóg Słońca, powiedział swemu ludowi, że kiedyś Ziemia zwinie się jak papirus i to razem z Czasem. Faraonowie poszli po radę do najlepszych czarowników, a ci powiedzieli im, że nim nastanie Kres Czasu, świat będzie miał jeszcze jedną, ostatnią szansę, by się ocalić. Na razie nie wiem jak. ______________________________ Jeanette Winterson - Dom na krańcu czasu
piątek, 27 kwietnia 2012
Przypadek, Los, Śnienie - nie szukałam, ale znalazłam przed chwilą właśnie to. Dobry opis. Ten typ Henry Miller tak pisał. Jakoś tak przed 1934 rokiem. Jest to długi opis, ale przepisując jeszcze raz przy okazji przeczytam: I podobnie jak rysunki mrozu, które wydają się tak dziwne, tak całkowicie swobodne i fantastyczne, są przecież uwarunkowane niewzruszonymi prawami, tak i to kiełkujące we mnie doznanie zaczęło oblekać się w formę, poddając się niezmiennym prawom. Całe moje jestestwo reagowało na nakaz atmosfery nigdy przedtem niedoświadczonej: to, co mógłbym nazwać sobą, zdawało się kurczyć, gęstnieć i opuszczać przyjęte granice ciała, którego obwody znały jedynie modulacje koniuszków nerwów. Im bardziej krzepł, im bardziej konkretny kształt przybierał rdzeń mego ja, tym delikatniejsza i bardziej dostępna wydawała się ta bliska, namacalna rzeczywistośc, z której byłem wypychany. (...). Może przez ułamek sekundy doświadczyłem tej całkowitej jasności widzenia, która - jak mówią - dana jest epileptykom. W tej jednej chwili straciłem złudne poczucie czasu i przestrzeni: świat rozpostarł swój dramat jednocześnie w każdym punkcie wytrąconego z równowagi południka. W tej króciutkiej chwili jakby wieczności poczułem, że wszystko ma swoje uzasadnienie, głębokie uzasadnienie; poczułem wewnątrz wojjny, które pozostawiły po sobie miazgę i ruinę, poczułem, jak kipią zbrodnie, by jutro pojawić się w krzykliwych tytułach sensacyjnych gazet; poczułem wreszcie cierpienie i niedolę, ścierane na coraz drobniejsze cząsteczki w możdzierzu, długotrwałą szarą niedolę, kapiącą kropla po kropli z brudnych chustek do nosa. Na płudniku czasu nie ma niesprawiedliwości, jest jedynie poezja ruchu stwarzająca iluzję prawdy i dramatu. Jeśli w takiej chwili ktoś stanie gdzieś twarzą w twarz z absolutem, zamarznie wielkie współczucie, dzięki któremu tacy ludzie jak Gautama i jezus wydają się boscy. _________________________________ Henry Miller - Zwrotnik Raka KTOKOLWIEK wie gdzie się podziewa współczucie (wyobraźnia serca) - niech daje znać! niech daje znać! Na cały głos niech o tym śpiewa i tańczy jakby stracił rozum weseląc się pod wątłą brzozą, której wciąż zbiera się na płacz (...). Wisława Szymborska
Przepisałam z powodu wyobraźni serca.
A teraz myślę, że jeśli KOMUKOLWIEK zbiera się na płacz, niech mu będzie wolno. Niech mu nikt nie tańczy i nie śpiewa pod brzozą jakby stracił rozum. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
@ signe
Czytanie
Literatura
Recenzje
Snowidzenie
Tygrys
Zaglądarka
Tagi
|